„Kolor magii” Terry Pratchett (Świat Dysku 1)

„Kolor magii” Terry Pratchett (Świat Dysku 1) | fot. Jeden akapit
Dawno temu miałam pierwsze podejście do twórczości Pratchetta. Nie zaiskrzyło. Kilka lat temu sięgnęłam po inny tytuł i było już znacznie lepiej. Postanowiłam w końcu spróbować zmierzyć się z całą serią.

Muszę przyznać, że pierwsza część, słuchana w formie audiobooka, była dość osobliwa i równie fabularnie chaotyczna jak ilustracje na okładkach. Początkowe rozdziały zupełnie nie składały mi się w całość, zwalam to jednak na fakt poznawania po kawałku zupełnie nowego świata z własną, mocno odrębną kosmogonią (przypominam, Świat Dysku, jak nazwa wskazuje, jest płaski, a podtrzymuje go wielki żółw, kilka słoni i zapewne coś jeszcze, o czym zapomniałam). Słuchałam tekstu w interpretacji Krzysztofa Tyńca i choć świetnie prezentował postaci i ich zróżnicowane temperamenty, to niestety bez przyspieszenia do 1,5 prędkości prawdopodobnie bym nie dotrwała do końca tego tytułu bez kilkukrotnego zaśnięcia.

Nie będę pisać o samej fabule zbyt wiele, może tylko tyle – dla tych, którzy jak ja uchowali się i cyklu nie czytali – że do miasta Ankh-Morpork przybywa Dwukwiat, turysta z innych ziem, a los stawia mu na drodze Rinswinda, trochę rzezimieszka, trochę maga, który niestety nie czaruje, ale zna za to jedno potężne zaklęcie, choć nie wie, co dokładnie ono robi. Zbiegami okoliczności trafiają w najróżniejsze dziwne miejsca i spotykają dużo dziwnych postaci i stworzeń. Nie brakuje humoru i absurdu, z przewagą tego drugiego.

Drugie podejście do początku tego cyklu było bardziej udane, choć muszę przyznać, że mimo iż nie bawiłam się najgorzej i zdarzało mi się uśmiechnąć pod nosem – szczególnie gdy słuchałam o przygodach dwójki bohaterów podczas drylowania wiśni – to jednak nie czuję się oczarowana i kupiona w stu procentach. Podobają mi się nietypowe pomysły, jednak Pratchett musi się bardziej postarać i mam nadzieję, że robi to w kolejnych tomach, po które będę sięgać.