środa, 11 lipca 2018

„Onitsza” J.M.G. Le Clézio

Tuż po II wojnie światowej jedenastoletni Fintan wraz ze swoją matką wyrusza do Onitszy, miejscowości w Nigerii, aby poznać swojego ojca – Anglika, który reprezentuje kolonizatorów i pracuje dla United Africa. Jednocześnie Geoffroy Allen owładnięty jest obsesją poznania losów ludzi z Meroe, którzy wraz ze swoją królową byli zmuszeni opuścić znany im kawałek ziemi. Osiedli niedaleko rzeki Omerun i stworzyli niezwykłe miejsce – wyrocznię Aro Czuku.

Wydaje mi się, że wiele afrykańskich mitów i magicznych elementów wymyka się nieco europejskiemu rozumowaniu. Legendy te są zbudowane w nieco inny sposób – może bardziej oniryczny, mniej trzymający się logiki? Ja miałam właśnie tak z tymi fragmentami myśli, snów, przywidzeń Geoffroya – nie zawsze za nimi nadążałam i widziałam powiązania. Bardziej przypadły mi do gustu te realistyczne elementy krajobrazu, którego głównym uczestnikiem był Fintan, podczas wypraw z czarnoskórym przyjacielem Bonnym. Relacje z miejscowymi były pokazane w różnych aspektach – zarówno spojrzenie męskie, kolonizatorskie, dominujące, które reprezentowali ludzie z Klubu, ale także bardziej kobiece, rozumienie się bez słów, bardziej za pomocą przyjaznych gestów i mimiki, sprzeciwiające się nieludzkiemu traktowaniu, które pokazywała Maou, matka Fintana.

Czy jednak tytuł ten przypadł mi do gustu? Muszę przyznać z żalem, że tak sobie. Były fragmenty, które mi się podobały (np. opis wnętrza wraku statku na rzece czy scena, w której Fintan niszczył termitierę, a Bonny powiedział, że termity to bogowie), ale nie sądzę, aby ten tytuł został ze mną na dłużej. Wydaje mi się, że sposób podania całości wpłynął na to, że ta historia mnie nie zafascynowała – ani opowieść o poddanych królowej Arsinoe, ani losy Fintana i jego matki. Jednak nie jest to na pewno zła książka, po prostu nie do końca wpasowała stylistykę, którą lubię.

poniedziałek, 9 lipca 2018

„Stryjeńska. Diabli nadali” Angelika Kuźniak

Zofia Stryjeńska była malarką tworzącą najwięcej w dwudziestoleciu międzywojennym. W swoich obrazach nawiązywała dużo do tradycji ludowej – malowała wieś, jej obrzędy, stroje. W tematyce przewijali się także górale, co nie jest zaskoczeniem, gdyż przez pewien czas mieszkała w Zakopanem. Sporo miejsca w jej twórczości zajmowała słowiańskość. Namalowała cały cykl Bożków słowiańskich, świąt i tradycji pogańskich (jak np. puszczanie wianków), a także stworzyła projekt świątyni słowiańskiej – Witezjonu – która miała być zarazem teatrem z obszerną widownią. Wytworzyła charakterystyczny dla siebie styl, który idealnie wpisuje się w obecnie odnowiony zachwyt nad folklorem.

Jeśli chodzi o samą Zofię, to z książki Angeliki Kuźniak wyodrębnić można kilka jej wizerunków. Przede wszystkim była bardzo zdolną malarką, dla której przez długi czas praca była najważniejszym elementem życia – choć często przez pracę miała problem z wypłacalnością i tonęła w długach. I co tu kryć – była też furiatką. I widać to w jej problemach małżeńskich, kiedy z Karolem Stryjeńskim żyć bez siebie nie mogli, a jednocześnie z sobą też nie, a jej mąż dwukrotnie zainicjował zamknięcie jej w szpitalu psychiatrycznym. Ale była też zabawną furiatką – w swoich listach i pamiętniku nie szczędziła ostrych i dosłownych słów czy spostrzeżeń, pisała wprost, co myśli i klęła okrutnie, ale z pewnym wdziękiem (kto dziś tak pięknie przeklina?): „Krew mnie zalewa. Psia krew!”.

Słuchałam książki w formie audiobooka i może to nie był najlepszy pomysł w przypadku książki o malarce. Domyślam się, że papierowe wydanie zawierało trochę reprodukcji, zdjęć i zapewne część z tego mi umknęła. Najciekawsze były dla mnie fragmenty pamiętników Zofii, bo tam pokazała, że nie tylko potrafiła malować, ale także elegancko posługiwała się słowem. To co mi niezbyt przypadło do gustu – głównie z powodu nadmiaru – to były fragmenty opisujące komu i ile pieniędzy wisiała oraz jak kombinowała i zwiewała przed wierzycielami. Cóż, takie zapewne miała życie, ale myślę, że znalazłoby się kilka ciekawszych rzeczy do opisania w książce.

niedziela, 8 lipca 2018

„Jurassic Park. Park Jurajski” Michael Crichton

Bogaty przedsiębiorca, którego firma zajmuje się modyfikacjami genetycznymi i której udało się odtworzyć DNA i przywrócić do życia dinozaury, buduje park rozrywki na wyspie nieopodal Kostaryki, a atrakcją mają być tam prehistoryczne stwory. Jednak inwestorzy mają wątpliwości, czy wszystkie prace przebiegają prawidłowo, dlatego proszą o przyjazd ekspertów, którzy opiniowali wcześniej pewne kwestie, nie wiedząc do końca, nad czym pracują. Wizyta w Parku Jurajskim wymyka się spod kontroli i dochodzi do wielu nieprzewidzianych (czy aby na pewno?) sytuacji.
Ten wstęp był w sumie zbędny, bo mało jest chyba osób, które nie oglądały albo nie słyszały o filmie Stevena Spielberga na podstawie książki Crichtona. Ja filmu nie pamiętam zbyt dokładnie, aczkolwiek istnienie Parku Jurajskiego odcisnęło pewne piętno na moim dziecięcym umyśle. Wydaje mi się, że książka – jak to zwykle bywa – ma nieco więcej do powiedzenia, niż film. Oczywiście, to jest literatura typowo rozrywkowa, a do tego straszy w najprostszy sposób – za pomocą zła widzialnego, wielkiego, przerażającego, z wielkimi zębami i ostrymi szponami – żadnej psychologii tu nie ma, czysty strach podszyty instynktem przetrwania.

W każdym razie, wracając do pewnych głębszych treści, pojawia się w książce sporo ciekawie zarysowanych kwestii z genetyki, zachowań zwierząt (niekoniecznie dinozaurów), a także teorii chaosu, o której mówi profesor Ian Malcolm. Jest on zresztą moim ulubionym bohaterem, bo choć sam jest naukowcem, nie boi się krytykować naukowców, którzy czasami nie znają umiaru w dążeniu do pewnych rozwiązań, które mogą się okazać zgubne. I to głównie dla nas. Na stwierdzenie Hammonda o tym, że wydostanie się dinozaurów na zewnątrz wyspy byłoby końcem świata, stwierdza, że to bzdura i świadczy tylko o pewnym egocentryzmie (a może antropocentryzmie). Większość katastrof ekologicznych, które by się wydarzyły, byłby tak naprawdę katastrofami dla nas, a nie dla Ziemi jako takiej.

Załóżmy, że by doszło [do napromieniowania]. Powiedzmy, iż to napromieniowanie byłoby tak potężne, że wyginęłyby wszystkie zwierzęta i rośliny, i jeszcze przez następne sto lat utrzymywałby się ogromnie wysoki poziom promieniowania. Otóż życie i tak gdzieś by przetrwało – w glebie, a może zamrożone w lodach Arktyki. (...) Na nowo rozpocząłby się proces ewolucji. Odbudowa świata żywych organizmów aż do stanu ich dzisiejszej różnorodności (...), i oczywiście nowo powstałe organizmy bardzo różniłyby się od współczesnych. Jednak Ziemia jako taka przetrwałaby nasze szaleństwo. I życie na Ziemi także by nas przetrwało. My tylko błędnie wyobrażamy sobie, że nie. (s. 329)

I myślę, że jest w tym trochę prawdy, że Ziemia da sobie radę, a nie dbając o środowisko, możemy zaszkodzić tak naprawdę tylko sobie (no i wielu innym gatunkom przy okazji...).

Oprócz tego książka jest bardzo ciekawym początkiem do poszerzenia wiedzy o dinozaurach. Podkreślam – początkiem. Wiele rzeczy jest tam błędnych, nie tylko dlatego że jest to fikcja i autor sobie pewne rzeczy wymyślił (choć to też), ale dlatego, że od wydania książki w 1990 roku dowiedzieliśmy się znacznie więcej o dinozaurach i że pewne początkowe założenia, w świetle nowych badań, były po prostu nieprawdziwe.

Dla chętnych polecam dwa bardzo ciekawe artykuły. Dotyczą one w sumie filmu, ale film bazował na książce, więc zostajemy w temacie.

Czy Park Jurajski kiedyś stanie się rzeczywistością? Czyli dlaczego nie da się sklonować dinozaura – IFLScience >>
Czy Park Jurajski ma naukowy sens, czyli o tym, że T-rex miał jednak dobry węch, wzrok i słuch, a także że welociraptory były upierzone – BBC >>

Podsumowując, jest to książka rozrywkowa, ale da się z niej też coś więcej wynieść. Trzeba jednak pamiętać, że nie jest to źródło wiedzy, a fikcja. Jeśli chodzi o sam styl książki, to jest on umiarkowanie dobry, fabuła w dużej mierze nastawiona na akcję, a dialogi niekiedy nie powalały, ale mimo to jestem na tak, bo jednak pomysł Crichtona był naprawdę niezwykły i bardzo wpłynął na wyobraźnię ludzi z mojego pokolenia.

wtorek, 3 lipca 2018

„Spiski. Przygody tatrzańskie” Wojciech Kuczok

Narrator przybliża nam swoje wspomnienia związane z górami – pierwsze z nich dotyczyło mistrzostw świata w piłce nożnej w 1982 roku. Wyjechał on wraz z rodzicami w góry, by tam oglądać rozgrywki na radzieckim odbiorniku, a jednocześnie zainteresować tubylczych chłopców tym sportem. W tle mamy także wspomnienia komunizmu, stanu wojennego. Sporo też opowiada o swoich rodzicach, o naturalnym rozpadzie ich związku, a także o ojcu, który był typowo polskim malkontentem, narzekającym na wszystko.

Rychło okazało się, że oznacza to przede wszystkim wolność rynku, ojciec więc zamiast „przeklętą komuną” gardził teraz „zgniłym kapitalizmem”, choć z czasem, kiedy władzę w kapitalistycznej Polsce objęli postkomuniści, tym razem z wyboru narodu, ojciec mógł przeklinać komunę i kapitalizm jednocześnie – tego w najczarniejszych pragnieniach nie był w stanie sobie wymarzyć. (s. 184)

Jednak najwięcej jest o góralach, o ich naturze, patrzeniu na świat. Nie zawsze są to obserwacje poczynione na ich korzyść, ale jednak niezwykle trafne.

Górale nie znali gór; ta cicha hańba zdała się już dziedziczna, choć pamięć o pradziadkach, którzy choćby i boso przewodniczyli wycieczkom, przedsiębranym przez głodnych wrażeń mieszczan, nie zaginęła. Ale już wtedy, w zamierzchłych czasach pierwszej eksploracji Tatr, górale przedzierzgnęli się z zajadłych kłusowników w przewodników tatrzańskich nie z miłości do gór, tylko dla bezpieczniejszego i łatwiejszego zysku. Teraz, kiedy park narodowy oplata gęsta sieć szlaków i każdy dyletant z kawałkiem mapy mógł góry odwiedzać samodzielnie, wytrząsanie dutków z ceperskich kies nie wymagało już skalnej łazęgi. Kto miał konie, załatwiał licencję fiakra i doił, ile wlezie (...), wszyscy zaś mieli domy i rozbudowywali je odpowiednio do turystycznych potrzeb, inkasując sezonowo poważne honoraria za wynajmowane pokoje. (s. 192)

Pod koniec, kiedy narrator jest już dorosły, pojawia się więcej fragmentów, na które ja osobiście bardzo czekałam – krajobraz tatrzański, trasy poza wyznaczonymi szlakami, jaskinie, żleby, dolinki. Niektóre z tych miejsc miałam w oczach przy czytaniu i było to bardzo miłe uczucie, bo miłośnikiem gór – a Tatr szczególnie – jestem ogromnym.

Styl Kuczoka jest naprawdę świetny. Nie dość, że rewelacyjnie operuje słowem, to jeszcze nie skąpi przy tym bystrego dowcipu. Jestem zdecydowanie na tak i chętnie sięgnę po inne jego książki.

sobota, 30 czerwca 2018

„Ross Poldark” Winston Graham

Koniec XVIII wieku, młody Ross wraca po zakończeniu walk w Ameryce do swojej rodzinnej Kornwalii i dowiaduje się, że zmarł jego ojciec, posiadłość jest zaniedbana, a jego ukochaną zaopiekował się już ktoś inny. Ojciec Rossa był młodszym synem, a więc on sam nie jest głównym dziedzicem i nie ma na zbyciu wielkiej fortuny. Stara się wszystko naprawić, otworzyć kopalnię, dbać o ludzi żyjących w swoim majątku, a przy tym zapomnieć o byłej ukochanej.

Nie do końca wiem, dlaczego sięgnęłam po ten tytuł. Liczyłam chyba, że będzie to taka Belgravia, tylko półtora stulecia wcześniej – stosunkowo lekka książka ze zwyczajami i strojami z danej epoki, z pewnym klimatem. Jednak trochę się rozczarowałam. I choć fabuła mogłaby się obronić w formie serialowej, tak bohaterowie i język w książce w moich oczach na taką obronę nie mają szans. Postacie są płaskie, a dialogi między nimi bardzo uproszczone pod względem przyczynowo-skutkowym – tak jak w malarstwie nie do końca opanowany skrót perspektywiczny. Podobnie relacje między nimi – nie było w nich za dużo głębi. Niby pojawiały się silne uczucia, ale miałam wrażenie, jakby były one „na słowo”. A jeśli chodzi o język książki, to nie dość, że był naprawdę nieskomplikowany, a autor postarał się tylko przy opisywaniu gatunków kwiatów, co wprowadzało czytelnika w pewien dysonans poznawczy, to jeszcze w wielu miejscach tłumacz się nie postarał, zostawiając mnóstwo powtórzeń, zamiast użyć na przykład zaimków. Chciałam przeczytać coś łatwego i przyjemnego, jednak nieco przedobrzyłam i zapoznałam się z książką bardzo przeciętną, która nie wzbudziła we mnie właściwie żadnych emocji. Szkoda!

czwartek, 28 czerwca 2018

„Łabędź i złodzieje” Elizabeth Kostova

Pewnego dnia doceniany artysta rzuca się z nożem na obraz w muzeum. Zostaje jednak powstrzymany i trafia pod skrzydła psychiatry, dla którego – jak dowiadujemy się już na samym początku – przypadek Roberta Olivera staje się kluczowy w karierze. Pacjent nie chce jednak podjąć dialogu z lekarzem, więc ten musi sam się dowiedzieć, dlaczego rzucił się na obraz i z jakiego powodu maluje wciąż jedną kobietę. Historia ta przeplata się także z inną, z końca XIX wieku, w której młoda mężatka zajmująca się malarstwem wchodzi w bliską relację ze stryjem swojego męża.

Uwielbiam książki z malarstwem w tle, jednak ta mnie nie zachwyciła. Myślę, że przede wszystkim przez doktora Marlowa, który jest narratorem opowieści. Jest on mało autentycznym psychiatrą – łamie wiele zasad lekarskich, zachowuje się, jakby Robert Oliver był jego jedynym pacjentem i jemu poświęca całą energię, a ostatecznie „leczy” artystę w ciągu jednej chwili i kilkoma zdaniami. Uleczenie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wydaje mi się, że nie do końca tak wygląda zawód psychiatry. Drugą rzeczą, która mi nie odpowiadała to nadmierne zagłębianie się w postać Roberta Olivera. Dowiadujemy się absolutnie wszystkiego o jego związkach (z żoną i kochanką), co tak naprawdę nie ma kompletnie żadnego znaczenia w odniesieniu do „tajemnicy” łączącej go z portretowaną kobietą. A ta tajemnica, powiązanie jest ostatecznie rozczarowujące – byłam pewna, że będzie między nimi jakieś pokrewieństwo albo inna skomplikowana relacja. A tu – obsesja była po prostu obsesją. Pojawiało się też sporo niezręczności – zarówno fabularnych, jak i dialogowych. Były momenty w trakcie słuchania audiobooka, kiedy chciałam przewrócić oczami i ukryć zażenowanie na swej twarzy. To co było na plus to fragmenty techniczne związane z malarstwem – sposoby nakładania farb, ustawianie kadrów – ciekawe i wyważone. Całość była jednak raczej nieciekawa, a wszystkie wielkie tajemnice nie sprowokowały żadnego dreszczyku podniecenia przy rozwiązaniu. Krótko mówiąc, zaliczyłabym ten tytuł do rozczarowań.

poniedziałek, 25 czerwca 2018

„Trędowata” Helena Mniszkówna

19-letnia Stefcia wyjeżdża z rodzinnego domu, aby zapomnieć o niezbyt udanym wyborze swojego serca i zaczyna pracować jako guwernantka w Słodkowcach. Poznaje tam ordynata Waldemara Michorowskiego, z którym jej relacje na początku nie układają sie za dobrze, jednak później – ku przestrachowi ogółu – zaczynają się układać zbyt dobrze. Związek magnata i dziewczyny niższego stanu (nawet jeśli jest to szlachcianka) mało komu jest na rękę. Do tego dochodzą zamierzchłe sprawy związane z dziadkiem ordynata i jego „nieodpowiednią” miłością.

Okazuje się, że Polacy nie gęsi, bo swoją Jane Austen mają i choć ta historia nie kończy się tak wspaniale jak książki angielskiej pisarki, to ma ona podobny klimat – wiejskie posiadłości, bale, spotkania. Wiele elementów z Trędowatej bardzo kojarzyło mi się z historią Lizzy i Pana Darcy’ego (sala portretowa, opowieści o wspaniałości ordynata z ust pracowników). Jednak jest tu sporo różnic.

Miłość jest tragiczna, co nie przeszkadza jej w byciu aż przesadnie cukierkową, kiedy jest w rozkwicie, a Stefcia czasami jest tak szlachetna i poprawna, że aż boli (choć zdarzało jej się pokazać pazurki, to jednak wystarczająco opiłowane). Zdecydowanie bardziej podobała mi się dziwna relacja między panną Ritą a hrabią Trestką. Choć zdecydowanie więcej sie przekomarzali niż miłowali, to jednak ich związek był znacznie – nomen omen – zdrowszy. Panna Szeliżanka była bystra i uszczypliwa, a hrabia Trestka sam się nabijał ze swoich awansów względem Rity, która nie była przesadnie przychylna. Jednak ich związek oparty był na przyjaźni, co znacznie bardziej mnie przekonuje, niż szalona miłość Waldemara, która poruszała jego nozdrzami w tę i we w tę. Niezmiernie spodobało mi się stwierdzenie panny Rity, która na przesadną czułość ze strony hrabiego Trestki odpowiedziała: „Panie, rozrzewniona jestem, ale czulić się nie lubię”.

Inną ciekawą kwestią, poruszaną na kartach Trędowatej, jest pochwała patriotyzmu, jednak w znaczeniu: „Cudze chwalicie, swojego nie znacie”. Objawia się to zarówno w słowach Stefci, która mówi Luci, że warto czytać polskich autorów, a nie podchodzić do świata jak Pani Idalia, że wszystko, co jest angielskie, francuskie czy niemieckie, jest z założenia lepsze. Tego samego zdania jest też Waldemar, kiedy tłumaczy, dlaczego zakupił maszyny na wzór zagranicznych, jednak produkowane na ziemiach polskich.

A trzecią rzeczą, która mnie zaskoczyła było podejście Waldemara do arystokracji, z której sam pochodził. I nie chodzi tu tylko o kwestie matrymonialne, ale także w sprawach odpowiedzialności za ludzi, którzy są pod opieką danego właściciela ziemskiego. „Pan jesteś demokrata!”, ktoś mu zarzucił całkiem słusznie po wywodach związanych ze szkolnictwem i opieką zdrowotną dla pracowników.
W Trędowatej można znaleźć naprawdę sporo ciekawych rzeczy, a bohaterowie też nie są miałcy. Choć związek Waldemara i Stefci był rodem jak z bajki Disneya (na początku książki przed Stefcią skacze wiewiórka i śpiewają ptaki, a w dalszej części kwiaty oznajmiają przybycie ukochanego), to jednak nie można odmówić im pewnej głębi psychologicznej. Stefcia była bystra i dowcipna, a Waldemar miał szerokie horyzonty. Jedyne, czego żałuję, to tego, że historia kończy się źle – oczywiście, przez wzgląd na Stefcię także, ale bardziej ze względu na to, że wraz z tragedią wkrada się sporo pompatyczności i pewnych przesadnych gestów.

W każdym razie myślę, że warto! A jak nie dacie rady przebrnąć przez książkę, to polecam audiobooka, bo wciąga.

Tytuł ten czytałam w ramach cyklu „Piknik z klasyką” organizowanego przez Pierogi Pruskie i Czytam to i owo. Więcej o tym cyklu dowiesz się tutaj >

czwartek, 21 czerwca 2018

„Macocha” Petra Hůlová

Mam koleżankę, która mówi bardzo żywiołowo, jest dygresyjna i właściwie tylko czasami potrzebuje, aby jej przytakiwać w trakcie rozmowy. Mam także inną koleżankę, która sama o sobie mówi, iż jest pozbawiona wstydu. Tematy, zwykle nieco krępujące dla przeciętnego człowieka, nie są dla niej żadną przeszkodą – jest to osoba, która bez problemu, nawet bez jednego drgnięcia powieką i ściszenia głosu, może rozmawiać o kupie i innych wydzielinach cielesnych. I gdybym miała powiedzieć, kim jest bohaterka i narratorka książki Hůlovej, to właśnie połączeniem tych dwóch osób z dodatkiem choroby alkoholowej. To, co mówi, przyprawia nas niekiedy o zawrót głowy, bo gdy zaczyna zdanie, nigdy nie wiemy, gdzie i na czym je zakończy. Miała mówić o młodości córki, ale jednak zboczyła na tor własnej osoby i do opowieści o córce już nie powróciła. Innym razem czytelnik zerka nerwowo na boki, czy ktoś słyszy, jak bohaterka rzuca mu prosto w twarz szczegóły z życia małżeńskiego, informacje o długości i przebiegu miesiączki i udziale dzieci w utylizacji zużytych tamponów czy opowieść o sflaczałym penisie swego dziadka. Opisywane sytuacje i prowadzone dialogi są niekiedy niewyobrażalne, a my czujemy w tle tych opowieści unoszące się opary alkoholu. Jednocześnie pokazuje nam bez owijania w bawełnę wiele trudnych kwestii w miłości, małżeństwie czy w relacjach z dziećmi. Dla mnie bohaterka, wraz ze swoimi bardzo bezpośrednimi monologami, była męcząca, wręcz wysysała energię. To taki typ osobowości, który z łatwością wplątuje nas w swoje życie i problemy, który wymaga od nas zaangażowania wbrew naszej woli. Na co dzień staram się unikać takich osób, a to że bohaterka wystraszyła mnie swoją wylewnością i bezpośredniością, świadczy tylko o tym, że w literaturze także powinnam. W każdym razie na pewno nie można zarzucić autorce, że jej postać jest nieautentyczna i słabo zbudowana – do tej pory przechodzą mnie dreszcze, gdy myślę, że miałabym spędzić jeszcze choćby 5 minut na jej balkonie, słuchając tego strumienia świadomości. Chętnie sięgnęłabym po inne książki Petry Hůlovej, ale może z nieco mniej ekspansywnymi bohaterkami. Jeśli nie boisz się takich postaci – spróbuj, a nuż Macocha będzie jedną z bardziej nietypowych książek, z jaką się w najbliższym czasie zetkniesz.

niedziela, 17 czerwca 2018

„Twarde światło” Michael Crummey

Książka jest zdecydowanie dla tych, którzy prozę Crummeya już znają i którzy na Nowej Fundlandii nie są po raz pierwszy. Bo jak sam autor pisze w przedmowie do polskiego wydania, jest to pewne dopełnienie. Sięgnij najpierw po książki Dostatek albo Sweetland, aby poczuć klimat tego regionu, a następnie wróć do Twardego światła, tak jak wracasz do innych miejsc, które czymś cię urzekły.

Jest to zbiór krótkich form, w których autor próbował uchwycić ducha Nowej Fundlandii, będącego przez setki lat niezmiennym, a obecnie zanikającego. Dwustronicowe opowiadania mówią głównie o życiu codziennym – łowieniu ryb (które było dla ludzi praktycznie jedynym źródłem dochodu), przygotowywaniu posiłków z produktów z ziemianki, prowadzeniu gospodarstwa.

„Miałam sześćdziesiąt jeden lat, gdy kupiłam pierwszy karton mleka ze sklepu.” (s. 47)

Są też jeszcze bardziej nostalgiczne fragmenty. Jak chociażby wspominanie osób, których już nie ma i nikt o nich nie pamięta:

„Cmentarz w Spalonym Lesie został wygrodzony w roku 1890. Pierwszą pochowaną tam osobą był syn Solomona Evansa. (...) Nikt nie był w stanie przypomnieć sobie, ani jak chłopiec miał na imię, ani dlaczego zmarł.” (s. 77-78)

Ale także wiele mówiący wypis z działalności spółki Earle Synowie z 1941 roku, w którym wymienionych jest mnóstwo oddziałów firmy, zajmującej się połowem dorsza oraz produkcją sosu borówkowego, porównany z opisem z 1995 roku, w którym nie znajduje się już nic.

Inną częścią książki są wiersze, które autor spreparował (jeśli mogę użyć takiego określenia) na podstawie pamiętnika kapitana statku – stąd w tych wierszach głównymi tematami są morze i żegluga po bliższych i dalszych miejscach.

Zdecydowanie bardziej przypadły mi do gustu opowiadania, ale może wynika to z tego, że wiersze inaczej się czyta. Nie zmienia to jednak faktu, że mój ulubiony fragment pochodzi właśnie z wiersza. Opisuje on bardzo obrazowo brzegi i klimat Nowej Fundlandii. Zamykam oczy i czuję jakbym tam była. I chyba to jest magia tekstów Crummeya – widać, że kocha miejsce, z którego pochodzi i potrafi pokazać je w taki sposób, że także je pokochamy, mimo że zimny wiatr i wszechobecna sól z wody morskiej, nie jest tym, co pragnęlibyśmy mieć na co dzień w swoim otoczeniu. I choć nie jest to najlepsza z książek autora, to jednak wcale mnie nie dziwi, że właśnie ta naprawa go największą dumą – bo jest o jego korzeniach i o ludziach, od których się wywodzi, ale którzy powoli przez cywilizację, odchodzą w zapomnienie.

Na pierwszy rzut oka wybrzeże usiane wyspami
jest bezdrzewne, jednostajnie beżowe lub szare –
wzgórza w oddali obdarte ze skóry
albo wygładzone jak osełka zeszlifowana nożem.
Wąskie doliny zieleni wyłaniają się z cienia,
gdy się w nie wpływa,
kępy karłowatej świerczyny w płytkiej glebie,
korzeniami uczepione kamienia;
białe poroża śniegu błyszczą w wysokich rozpadlinach,
łąki mchu zasnuwają przylądki o zapadłych grzbietach,
czyste jak świeżo skoszony trawnik.
Przez trzy krótkie miesiące północnego lata
pola białego wrzosu i wiciokrzewu
doznają dosyć łaski, by rozkwitnąć;
grona borówek dojrzewają
w wilgoci sierpniowych deszczów. (...)


(Malując wyspy, s. 188)

Przeczytaj także krótką recenzję książki Sweetland >

piątek, 15 czerwca 2018

„Głód i jedwab” Herta Müller

Książka to zbiór esejów i wykładów noblistki, głównie z lat 90. Podzielone są one na części i w tych ramach trzymają się jednego głównego tematu. Dla mnie najciekawsze były te odnoszące się do jej dzieciństwa i młodości w Rumunii w czasach Ceaușescu. Wspomina np. tytułowy głód i jedwab, czyli widok kobiety w sukience, która szła do domu ze zdobytym tego dnia kawałkiem czegoś, co nazywano mięsem, a był to odcięty ze zmrożonego bloku fragment kurzych łap i łbów. Smętny, rozmrażający się łeb zwisał tuż przy sukience owej kobiety i znaczył krwisty, choć subtelny, ślad na ziemi. Mówi też sporo o samym reżimie w Rumunii. Chociażby o obowiązku rodzenia dzieci i dążeniach do tego, aby każda rodzina miała ich pięcioro (zapobieganie ciąży i aborcja były zakazane – choć oczywiście nie wśród osób wysoko postawionych). Mówi też o pewnym kulcie jednostki. Wiele z opisanych przez nią rzeczy bardzo przypominało mi te, o których czytałam w odniesieniu do Korei Północnej. Wszystkie dyktatury są najwyraźniej do siebie podobne, a przynajmniej korzystają ze zbliżonych sposobów na trzymanie społeczeństwa w garści i rozwiązań, gdy mimo wszystko to się nie udaje. W pierwszej części – moim zdaniem najsłabszej – autorka mówi o Niemczech, do których wyemigrowała. Mur berliński trzymał się wtedy jeszcze całkiem dobrze, a podział na Wschód i Zachód był wyraźny. W tym kontekście opowiada o byciu cudzoziemcem. Poświęciła też trochę miejsca Cyganom żyjącym w Rumunii, a także rozłożyła na czynniki polityczno-społeczne Bałkany.

Wydaje mi się, że aby docenić tę książkę, dobrze jest mieć nieco większą wiedzę o polityce i sytuacji Rumunii w latach 80. Czasami brakowało mi wiedzy i nie wszystko było jasne. Teraz mam jednak większą chęć do zgłębienia się w tę tematykę, podobnie jak poczułam swego czasu taki impuls w stosunku do Korei Północnej (zupełnie nie wiem, co mnie tak pociąga w tych komunistycznych reżimach... może ich absurdalność a jednak realność?). Spotkanie z noblistką było zatem o tyle udane, że rozbudziła moją ciekawość i potrzebę poszerzenia wiedzy.