„Ciemność. W obronie mroku” Sigri Sandberg

„Ciemność. W obronie mroku” Sigri Sandberg | fot. Jeden akapit
Książka ta długo czekała na moim czytniku, a tym, co wreszcie mnie do jej przeczytania przekonało, była pierwsza spędzona w lesie noc, gdy usłyszałam pierwszy raz w życiu puszczyka i miałam nadzieję, że namiotu nie stratują dziki i nie zjedzą sarny.

Wydawało mi się, że – jak tytuł wskazuje – autorka będzie bronić ciemności, tego ile tracimy rozświetlając nasze ulice i zanieczyszczając światłem niebo. Po części może i się to pojawiło, ale w ogólności wyróżniłabym trzy typy tekstów. Po pierwsze, autorka pisze o swoich wrażeniach ze spędzonych samotnie 5 dni w domku w górach na dalekiej północy. Po drugie, powołując się na pamiętniki pisze o Christiane Ritter – kobiecie, która w 1934 roku decyduje się pojechać na Svalbard za swoim mężem traperem i mieszkać tam przez kilka miesięcy. Po trzecie zaś, pisze o wielu naukowych i kulturowych kwestiach związanych ze światłem – o oku, o pomarańczowych okularach, o Świętej Łucji, o źródłach mitologicznych i wielu innych rzeczach.

Czy brzmi to dość chaotycznie? No właśnie. Jest tu mydło i powidło. Wiele tekstów nadawałoby się na bardzo ciekawy artykuły, a historia Christiane sama w sobie jest fascynująca. Jednak to wszystko razem nie do końca się siebie trzyma, autorka trochę skleiła te tematy na ślinę. I wbrew tytułowi wydaje mi się, że jednak bardziej jest to książka o świetle w kontekście ciemności niż o niej samej. Dowiedziałam się sporo ciekawych rzeczy (jak np. o Parkach Nocnego Nieba), jednak w ogólnym rozrachunku książka dość mocno mnie rozczarowała.