„Duch śniegów. Śladami tybetańskiej pantery” Sylvain Tesson

„Duch śniegów. Śladami tybetańskiej pantery” Sylvain Tesson | fot. Jeden akapit
Sylvain Tesson to francuski podróżnik, którego głównym obszarem zainteresowań jest Azja – przemierzył konno stepy od Kazachstanu do Uzbekistanu, przewędrował z Syberii do Indii i mieszkał nad brzegiem Bajkału. Książka ta, to zapis luźnych przemyśleń związanych z jego podróżą do Tybetu, gdzie wraz z m.in. fotografem Vincentem Munierem i reżyserką Marie Amiguet na wysokości 5000 m n.p.m. obserwują przyrodę i zwierzęta, a w szczególności próbują wytropić ducha śniegów – irbisa śnieżnego.

„Munier pokazał mi fotografie z wcześniejszych wypraw. Pantera łączy w sobie siłę i grację, jej futro lśni w promieniach światła, łapy rozszerzają się w spodki, przesadnie długi ogon służy za balans. Przystosowała się do życia w ekstremalnych warunkach i do wspinaczki po skałach. To duch gór, który zstąpił na ziemię, odwieczna jej mieszanka wygnana na pustkowia przez ludzką zachłanność.” (s. 22)

Przede wszystkim warto mieć świadomość, że więcej w książce pantery nie ma, niż jest. Pojawia się ona na jej kartach zaledwie kilka razy i to na chwilę. Mimo to autor dość plastycznie opisuje krajobraz, pojawiające się na horyzoncie jaki, antylopy czy manula stepowego, o którym pisze, że ma on „duszę wojownika w uroczym ciele”. Bardzo mi się podobały fragmenty, w których przyroda, jej bliskość i niezwykłość, pozwala autorowi snuć różne rozważania na jej temat, np. o poczuciu ulotności spotkań ze zwierzętami. „W słońcu ukazał się lis, jego sylwetka rysowała się daleko od nas na grzbiecie góry. Wracał z polowania? Ledwie spuściłem go z oka, zniknął. Już go więcej nie zobaczyłem. Pierwsza lekcja: zwierzęta pojawiają się bez uprzedzenia i znikają bezpowrotnie. Trzeba błogosławić ich przelotny widok i cenić go niczym dar.” (s. 32) Wiele było fragmentów, za sprawą których chciałam się znaleźć w opisywanym miejscu, mimo 30-stopniowego mrozu. Za przybliżenie tego poczucia obcowania z niezwykłymi istotami należy się autorowi ogromny plus.

Jednak książka od pewnego momentu bardzo mnie męczyła, gdyż autor – zamiast skupić się właśnie na przyrodzie – zaczyna snuć bardzo uduchowione rozważania ogólne i co i raz nie wprost mówi, jaki to ten Wschód uduchowiony i że można pojąć głębsze znaczenie Wszechświata. Jestem bardzo uczulona na tego typu wielkie słowa i nie raz w czasie lektury zamiast otwierać czakry, przewracałam oczami. A więc zachwyty nad przyrodą – tak, pretensjonalne oświecone myśli – nie.

Obecnie w kinach (kwiecień 2022) można obejrzeć film nakręcony przez Marie Amiguet z tej wyprawy i po obejrzeniu zwiastuna, jestem nim zachwycona, bo najpewniej jest w nim dużo tego, co w książce mi się podobało i mało tego, co mnie odrzucało. Mam nadzieję, że wkrótce się o tym przekonam, bo zdjęcia są przepiękne.

Komentarze