„Niezwykły koncert” Romulus Vulpescu

Zbiór czternastu opowiadań rumuńskiego pisarza wydany w oryginale pod koniec lat 60. XX wieku. Większość z nich jest dość krótka, zwykle na kilka strona, ale zdarzają się też dłuższe. Z pewnością łączy je to, że napisane są ładnym, plastycznym czy może raczej metaforycznym stylem, a w wielu z nich pojawiają się elementy fantastyczne czy realizmu magicznego.

Chyba moim ulubionym jest opowiadania Ostatnie wcielenie faraona Tlà, które absolutnie nie jest o żadnym faraonie, ale o człowieku, który zgubił gdzieś (zapewne u fryzjera) parasol. Jednak nie był to taki zwykły parasol, gdyż miał dla bohatera wielką wartość sentymentalną. Okazuje się, że strata ta przeobrazi go zupełnie.

Tytułowe opowiadanie Niezwykły koncert jest bardzo krótkie, ale wraz z ostatnimi zdaniami dość poruszające. Dyktator nie lubił muzyki i zakazał tworzenia i występowania wszystkim artystom, którzy nie grali zgodnie z jego polityką lub w orkiestrze. Pozostał jeden pianista, który nie chciał się podporządkować. W końcu dyktator zdecydował się zastosować wobec niego szok psychologiczny.

Mój przyjaciel Tomasz Aubry okazało się opowiadaniem o duchach. Pewna kobieta chciała spotkać się z pisarzem, który niestety umarł, jednak jakiś człowiek zapewnił ją, że nie jest to przeszkodą w spotkaniu. I choć owa dama absolutnie nie daje sobie wmówić, że coś takiego jest możliwe, to wkrótce w jej domu pojawi się cała plejada osobliwych gości.

Oprócz tego nie brakuje tu barów, w których czas płynie inaczej, pomyłek, które sprowadzają nieszczęście na urzędnika czy Ministerstwa Śmiechu Publicznego, w którym nie można się śmiać.

Trudno, abym omawiała wszystkie opowiadania zamieszczone w zbiorze, jednak muszę przyznać, że każde z nich było naprawdę osobliwe, choć mimo wszystko nie każde było równie dobre. Niektóre miały ciekawe pomysły, ale ich forma, czasami rwana i oniryczna, utrudniała i nieco uprzykrzała odbiór. Myślę jednak, że całościowo jest to dosyć ciekawy zbiór i przynajmniej dla kilku opowiadań warto po niego sięgnąć.


Cytat dla chętnych:

Gdy po jakimś czasie, już pod gwiazdami Andromedy, znalazł się w sprzyjającym rozmyślaniom parku na przedmieściu, potknął się nagle o myśl, która jak purchawka pękła mu w czaszce rozsypując po całej korze mózgowej swoje trujące zarodniki: parasol. Zgubił parasol o rączce z bursztynu, przyciemniałej jak palce palaczy, taki solidny, familijny parasol z głową kaczki o rubinowych oczach. Najprawdopodobniej u fryzjera. (...) Nie chodziło zresztą o stratę samą w sobie, ale o wartość parasola jako przyjaciela młodości, towarzysza lat uniwersyteckich, miłych spotkań w czasie deszczów i wszystkich zdarzeń jego życia. (...) Koniec końców parasol może znaczyć więcej niż kochanka. Nie tylko dlatego, że cię osłania od deszczu. Zresztą dawno już go nie otwierał przy niepogodzie, by go uchronić od bolesnego bębnienia kropel i nagłych zmian temperatury. Nosił go zwinięty pod pachą, a gdy mocno lało, wsuwał pod swój płaszcz z pelerynką z niemodnego angielskiego materiału. Ale nie rozstawał się z nim nigdy. (...) Był jego powiernikiem w chwilach klęsk i skromnych radości, jakie mu bliźni od czasu do czasu odmierzali w skromnych porcjach.

(s. 17-18)



Komentarze