„Kroniki portowe” Annie Proulx

„Kroniki portowe” Annie Proulx | fot. Jeden akapit
Quoyle nie miał łatwego życia – trudne relacje z rodzicami i ich śmierć, problemy z żoną, którą bardzo kochał. Po wielu przykrych wydarzeniach, za namową swojej ciotki Agnis Hamm, postanawia zabrać swoje dwie małe córki i pojechać do miejsca, gdzie w dzieciństwie żyli jego ojciec i ciotka – do chatki na odludziu, gdzieś na Nowej Fundlandii – i spróbować zacząć nowe życie. Wraz z nim poznajemy mieszkańców tych okolic i ich historie.

Bardzo lubię opowieści o małych społecznościach i poznawaniu ich zamkniętego świata. Tutaj również autorka przedstawia swego rodzaju mikrokosmos, gdzie wszyscy wszystkich znają i choć nie zawsze o tym mówią, wiedzą o każdym wydarzeniu w życiu innych. Nie brakuje tu też sporo poczucia humoru, a także ciekawostek dla żeglarzy – i nie tylko – w postaci wtrąceń z Księgi węzłów na początku każdego rozdziału.

Obiektywnie rzecz biorąc, książka Annie Proulx jest bardzo dobra, jednak w tym przypadku nie potrafię być obiektywna. W moim odczuciu jest inny autor, który potrafi przedstawić Nową Fundlandię w taki sposób, że choć jest to zimne, nieprzyjazne i pełne soli morskiej miejsce, to czujesz, że chcesz tam pojechać. I jest to Michael Crummey. Nie mogłam powstrzymać się od porównywania Kronik portowych ze Sweetlandem czy Dostatkiem. Książki Crummeya są bardziej stonowane, nastawione w większym stopniu na opisy, również przyrody, nie ma w nich za dużo humoru, ale to tę Nową Fundlandię uwielbiam. Słuchając książki Annie Proulx, ciągle miałam wrażenie, że czegoś mi brakuje, że czegoś autorka mi nie pokazała, pozostawiła poza moim polem widzenia. Mimo tego absolutnie nie zniechęcam do lektury. Ale jeśli lubicie niespieszne lektury, to po Kronikach portowych sięgnijcie też np. po Sweetlanda.

Komentarze